Konflikt z szefem - chyba?
Patrząc w przeszłość raczej ciężko znaleźć mi swojego przełożonego, z którym nie wszedłbym w spór. Trzeba przyznać, że nie wygląda to dobrze, bo według ogólnie przyjętej opinii managerowie najbardziej cenią w innych sztukę unikania konfliktów. Według mnie takie podejście po czasie sprawi, że otoczymy się grupą potakujących osób. Nie prowadzi to do rozwoju a stagnacji. Jestem typem osoby, która słucha, obserwuje, wyciąga wnioski, tworzy plan i bez opieszałości chce przystępować do działania. Bardzo cenię sobie niezależność i autonomiczność. Nie znaczy, to, że należę do tych „nieomylnych", którzy wpadają na „prawdy objawione' i bez jakichkolwiek konsultacji chcą robić wszystko po swojemu, nie licząc się z niczyim zdaniem. Jestem daleki od takiego podejścia. Uważam, że pomysły i rozwiązania rodzą się w codziennych, prawdziwie partnerskich rozmowach. Mogą to być najzwyklejsze spotkania w kuchni lub cotygodniowe zebrania zespołu. „Szczera rozmowa, to coś więcej niż inspiracja. Dzięki niej odkrywamy pokłady wiedzy i możliwości, do których nigdy nie mielibyśmy szansy dotrzeć w pojedynkę" Wyplułem z siebie to zdanie pracując w jednej z warszawskich agencji. Kiedy słowa wybrzmiały, przez chwilę zapanowała cisza. W tym momencie uświadomiłem sobie coś, co od dawna czułem, jednak nigdy nie ubrałem tego w słowa. Nie chcę kopiować, lub „inspirować" się trendami w marketingu. Nie chcę być sprowadzany do roli eksperta od narzędzi promocyjnych mających w krótkim czasie zwiększyć sprzedaż. Wiedziałem to od zawsze, teraz byłem pewny. Nastąpił przełom.

Prosto, jasno i uczciwie
Na poważnie moja przygoda z marketingiem zaczęła się relatywnie niedawno, bo w 2013 r. Co przez to rozumiem? Wtedy to rozpocząłem pracę u jednego z większych producentów rowerów w Europie. Był to skok na głęboką wodę, bo od razu trafiłem do marketingu eksportowego. Wcześniej miałem do czynienia z marketingiem, jednak od innej strony. Jako zawodnik i organizator imprez sportowych współpracowałem z markami. Tworzyłem ich branding za sprawą własnej marki osobistej (sponsoring), jaki poprzez organizację odpowiednio zaprojektowanych eventów. Klikając w link dowiecie się nieco więcej o mojej przeszłości https://www.redbull.com/pl-pl/michal-nypel-jasinski-wywiad Nigdy wcześniej nie miałem okazji pracować bezpośrednio w strukturach marki. Podjęcie nowej pracy było także swego rodzaju zamknięciem etapu w życiu, który teraz nazwałbym „czasem sportu zawodowego". Po części przyczyniła się do tego moja kontuzja. W 2012 r. doznałem uszkodzenia kręgosłupa, które uniemożliwiło mi nie tylko jazdę na rowerze a nawet chodzenie. Były to czasy, w których zacząłem pochłaniać dzieła Kotlera, między innymi jego najbardziej znaną i najczęściej używaną przez wykładowców na całym świecie książkę „Marketing". Była to moja pierwsza pozycja. Niemal od razu zauważyłem, że nie wszystko, co opisuje autor sprawdza się w praktyce i nie zawsze każda reguła zadziała na każdym rynku i w każdym czasie. Z wykształcenia jestem socjologiem ze specjalizacją psychologia społeczna. Fakt braku studiów związanych z marketingiem na początku wydawał mi się problemem. Paradoksalnie pozwoliło mi to spojrzeć na kwestie marek i brandingu w zupełnie nieskażony ideologiami i ogólnie przyjętymi zasadami sposób. Okazało się, że umiejętność spoglądania z dystansu na wszystko, z czym przychodziło mi się mierzyć, pozwalała mi widzieć więcej, wyciągać wnioski i przedstawiać niezależne rekomendacje. Zawsze starałem się o wszystkim dyskutować. To, co na mnie działało i do dzisiaj działa jak płachta na byka to, kiedy ktoś „słucha bez słyszenia" aby później udać, że rozmowy nie było, lub słyszał coś zupełnie innego, mimo, że oboje potwierdziliśmy w podsumowaniu, co dokładnie ustaliliśmy. Oczywiście pracuję nad tym. Mimo to uważam, że zarówno dla marki i nas samych lepiej jest wejść komuś od czasu do czasu w drogę, jak w tyłek i powiedzieć wprost, co myślimy o organizacji czy pozornej uwadze rozmówcy.

Skromność, pokora i poczucie własnej wartości, nie muszą być ze sobą w sprzeczności
Nie uważam abym był kimś wyjątkowym. Często czuję, że jest wprost przeciwnie. Analityczny umysł pozwalający mi dostrzegać rozwiązania, szanse i zagrożenia w czasie, kiedy niektórzy jeszcze nie rozpoczęli wstępnej analizy, dostałem chyba od Boga. Wiem brzmi to co najmniej dziwnie. Zapewniam, że dla mnie także. Do dzisiaj zastanawiam się, czy jest to dar, czy brzemię. Uwierzcie mi wybieganie w przyszłość na tyle daleko, że w opinii twoich przełożonych wydaje się to „na wyrost" może być odbierane, jako martwienie się na zapas. Kiedyś usłyszałem następujące słowa „Michał masz rację, ale po chcesz się tym zajmować, to odległy temat. Przecież jak to już będzie miało miejsce nas już dawno nie będzie w tej firmie. Ktoś inny będzie się o to martwił" No tak już mam i nic na to nie poradzę. Patrzę daleko w przód i widzę rozwiązania problemów. Nie tylko tych na teraz, ale również tych, które z bardzo dużym prawdopodobieństwem dopiero się pojawią. Dobrze jest wcześniej się do nich przygotować lub podjąć działania, aby ich zupełnie uniknąć. Zajmuje to mniej czasu i kosztuje mniej pieniędzy. Nie skupiam się na maskowaniu symptomów, wolę docierać do źródła. Brzmi bardzo dobrze i zapewniam, że każdy z moich przełożonych niemal od razu lub po kilku tygodniach podzielał moje zdanie. Kiedy okazywało się, że realizacja wizji wymaga pracy u podstaw, rozbudzenia każdej głowy w organizacji, nierzadko okazywało się, że mimo wspólnego opracowania dalekosiężnych planów strategicznych i brandingowych proszony byłem o zajmowanie się sprawami codziennymi, które nawet w najmniejszym stopniu nie zmierzały we wspólnie obranym kierunku. Nic także nie wskazywało, aby miało się to zmienić. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak się działo, co zrobiłem nie tak? Nie ukrywam mega mnie to frustrowało i do dzisiaj frustruje, jeśli dochodzi do tego typu sytuacji. W takich momentach zawsze wracam do DNA swojej marki osobistej, tego jak wyobrażam sobie marketing i budowanie wizerunku marki. Jeśli ustalenia lub możliwości działania były stopniowo ograniczane zawsze informowałem, że jeśli dalej tak ma to wyglądać nie widzę miejsca dla siebie w organizacji i po czasie ( krótszym lub dłuższym) decydowałem się odejść z firmy. Raz zostałem także zwolniony po tym jak opisałem w mailu punkt po punkcie rozbieżności względem wspólnie poczynionych deklaracji i realnie podejmowanych działań. Przyznaję, że po części do głosu doszło moje EGO, jednak bardziej istotna była i jest dla mnie zgoda z moimi wartościami, etyką i podejściem do marketingu, jako nauki i praktyki mającej służyć ludziom. Daleki jestem od sprowadzania marketingu do roli „wsparcia sprzedaży". Nie nadaję się do tego.

Ludzie, którzy nie śmieją się z siebie, nie są poważni
To, co zawdzięczam ludziom, jakich spotkałem na swojej drodze to wiedza i doświadczenie. Przez ostatnie 4 lata zapoznałem się także z ponad 50 książkami związanymi z tematyką marketingu, brandingu, PR, czy przywództwa, niezbędnych do zarządzania sobą, a także zmianą w organizacji. Książki to nie wszystko, czytam także artykuły, biorę udział w konferencjach, słucham podcastów, oglądam wystąpienia swoich mentorów z branży marketingowej i rozmawiam z ludźmi. Miałem okazję współtworzyć książki, piszę również artykułu dla magazynów branżowych. Jestem za to niezmiernie wdzięczny. Pogłębianie wiedzy stało się moim uzależnieniem. W pewnym momencie znalazłem się w miejscu, które z jednej strony pozwoliło mi w pełni świadomie i skutecznie rozpoznawać problemy marek, z jakimi miałem okazję pracować. Z drugiej strony dostrzegłem, że moje propozycje musiały czekać nierzadko nawet kilka lat zanim rozpoczął się proces wdrożenia. Nierzadko działo się to w momencie, kiedy już nie pracowałem w firmie. W dużych organizacjach wszystko ma swoją określoną dynamikę, jest raczej wolniej jak prędzej. Mam tu na myśli wdrożenia , bo tempo pracy związane z codziennymi obowiązkami potrafi mieś prędkość światła. Nierzadko czas implementacji wcale nie był spowodowany czasochłonnością wewnętrznych procedur. Uświadomiłem sobie fakt, że trwanie w niemocy, przeciąganie wszystkiego w czasie, „bo co my później zrobimy, jak w pierwszym roku wystrzelamy się ze wszystkich dobrych pomysłów?" jest sprzeczne z moimi wartościami. Potrzeba podzielenia się własnymi doświadczeniami oraz moim punktem patrzenia na kwestię realizacji zadań w strukturach organizacji, jest dla mnie niezwykle istotna. Mam nadzieję, że opisując swoje przeżycia i błędy umożliwię Wam szersze spojrzenie na własną ścieżkę kariery, to kim jesteście i kim chcielibyście się stać. Z jednej strony wiem, że zgromadziłem trochę doświadczeń i wiedzy z drugiej zaś mam świadomość swoich braków i tego ile jeszcze nie wiem. Zdaję sobie sprawę, że czasem zachowywałem się jak kretyn, popełniałem błędy, obrażałem się. Nie raz sytuacje stresowe powodowały, że aby odreagować wracałem do sportów ekstremalnych, którymi nie wolno mi się zajmować. Z reguły kończyło się to kontuzją kręgosłupa, czy kolana, prowadzącą nawet do operacji, co wyłączało mnie z pracy zawodowej nawet na kilka miesięcy. Dostrzegam własną głupotę, potrafię się do niej przyznać, a przede wszystkim potrafię się z siebie śmiać. To, co cenię najbardziej, to szczerość i konsekwencja w działaniu. Teraz już wiem, że nigdy nie byłem w konflikcie z szefem. Zdarzało mi się być w konflikcie z własnymi przekonaniami i wartościami. Zdaję sobie sprawę, że czasem bezpieczniej jest zagryźć zęby i robić swoje. Prawdopodobnie część z Was dobrze to zna. Bardzo łatwo w ten sposób zatracić siebie i zapomnieć o tej części naszego DNA, która z założenia jest niezmienna. Osobiście uważam, że szczękościsk prędzej czy później z pewnością zaszkodzi nam bardziej, jak bycie ze sobą w prawdzie.

Masz pytanie, a może chcesz zaproponować temat kolejnego wpisu? Pisz śmiało, odpowiem na pewno :)
michalpaweljasinski@gmail.com
Made on
Tilda